Grupa Badawcza Kriepost

Fortyfikacje Linii Mołotowa 1940-41

Polish Belarusian English Lithuanian Russian Ukrainian

Facebook

Facebook

Zapiski oficera z niewoli

Zapiski oficera z niewoli


Piotr Nikołajewicz Palij (Палий, Пётр Николаевич)

materiały zamieszczone na stronie http://militera.lib.ru

tłumaczenie: Piotr Tymiński „Snuffer” (www.kriepost.org)

1. Przed samą wojną

Po spędzeniu jednego dnia w Mińsku, w sztabie Białoruskiego Okręgu Wojskowego, w dniu 17 kwietnia znalazłem się w miasteczku Wysokie Litewskie, 25 km od Brześcia, gdzie znajdował się Zarząd Robót nr 74 (w całym tekście P.N. Palij wzmiankuje Zarząd nr 84 – jest to pomyłka lub, być może, powtarzający się błąd drukarski – przyp. tłum.), do którego otrzymałem przydział na stanowisko naczelnika grupy wyposażenia w dziale planowo-produkcyjnym. Radości ani satysfakcji na myśl o tym „wysokim” stanowisku jakoś nie czułem.

Na początku ulokowano mnie na kwaterach dla przyjezdnych. Internat ów zainstalowano w domu należącym wcześniej do bogatego żydowskiego kupca. Powiadali, że po zajęciu tej części Polski przez sowieckie wojska pierwsi mieszkańcy owego domu znaleźli skarb ukryty w ścianie któregoś z pokojów. Od tamtej pory wszyscy tymczasowi lokatorzy próbowali szczęścia... We wszystkich ścianach wszystkich pokojów ziały dziury, podłogi powyginane, to tu, to tam brakowało desek podłogowych.

Prawie tydzień przemieszkałem w tym „akademiku” między nieznajomymi, głośnymi, nieporządnymi, i w większości przypadków, nieprzyjemnymi ludźmi. W pokojach brud, zapaskudzone kible - ani się umyć ani odpocząć. Bez przerwy, dniem i nocą, jedni przyłazili, inni wychodzili, zbierali graty albo się rozpakowywali, a wszystko głośno i często z kłótniami i ruganiem. W środku nocy nagle zaczynały się popijawy, rozmowy, sprośne dowcipy i wreszcie pijackie chichoty. Jak już w końcu się uspokajali i kładli spać, to chrapanie i sapanie nijak nie sprzyjały odpoczynkowi.

Nasz Zarząd zawiadywał pracami od Brześcia do Łomży – generalnie wszystkie obiekty budowano wzdłuż linii Bugu. Tutejszy Zarząd Robót nr 74 przerzucono ze Słucka zaraz po tym jak Armia Czerwona zajęła w 1939 roku Zachodnią Białoruś. Zadaniem całej tej instytucji budowlanej było stworzenie linii umocnień wzdłuż nowej granicy między Niemcami Hitlera a Związkiem Radzieckim Stalina. Na odcinku dwustu paru kilometrów stawiano ponad tysiąc obiektów czyli tzw. DOT-ów, jak w skrócie nazywano stałe schrony bojowe. Niektóre typy schronów miały imponujące rozmiary, kilka poziomów i były wyposażone w artylerię. Grupy DOT-ów rozmieszczano tak, aby dany teren był kryty zarówno ogniem broni maszynowej jak i artylerii bez martwych pól ostrzału. Każda grupa, w zależności od warunków i ukształtowania terenu, była kombinacją różnych typów schronów – od najprostszych gniazd pod cekaemy do punktów dowodzenia z centralną maszynownią, własnym zaopatrzeniem w wodę, łącznością telefoniczną i bezprzewodową, pomieszczeniami dla załogi, kuchnią, magazynami amunicji i zapasów.

Planowano stworzyć barierę nie do przełamania. Prace budowlane prowadzono w pośpiechu, przy powszechnym wykorzystaniu zmobilizowanej ludności miejscowej. Z punktu widzenia sztuki fortyfikacyjnej cały projekt był bardzo dobrze przygotowany i przy założeniu, że plan udałoby się doprowadzić do końca, zamysł takiej obrony granicy przed wojskami lądowymi przeciwnika mógł być bardzo efektywny. Przyjmowano, że jeśli w pewnych miejscach przez linię obrony zostaną przerzucone siły spadochronowe i niektóre odcinki znajdą się na tyłach wroga, to i tak cały system powinien normalnie funkcjonować przez kilka tygodni.

Większość wyposażenia przychodziła od producentów jako gotowe, zmontowane elementy. Na miejscu, w centralnych warsztatach położonych 15 km od sztabu zarządu na stacji kolejowej Czeremcha, przygotowywano tylko niektóre części i proste elementy, takie jak na przykład rury wentylacyjne, kawałki hydrauliki, rozmaite stelaże, podpórki, itd.

Warsztaty były jednak zawalone nieplanowaną, awaryjną robotą. Problem polegał na tym, że do głównego projektu, według którego produkowano wyposażenie w zakładach daleko w głębi kraju, sztaby i lokalne odcinki robót ciągle wprowadzały zmiany, a wszystko to już po otrzymaniu gotowego wyposażenia. Zmiana położenia schronu na mapie, zmiana sektora ostrzału czy błędy przy betonowaniu wymagały mnóstwa drobnych przeróbek w elementach łączących poszczególne części wyposażenia. No i zaczynał się pośpiech, panika, wiszenie na telefonie, histeria szefostwa i generalnie totalny popłoch.

Naczelnym inżynierem w 74 Zarządzie Robót był technik wojskowy 1 stopnia Liaszkiewicz, człowiek bez wątpienia mądry, znający się na sztuce fortyfikacyjnej, ale za to straszny tchórz i karierowicz.

Głównym wydziałem zarządu był tzw. dział planowo-produkcyjny, którego szefem był płk Sokołow – ograniczony, niemrawy i i kiepsko wykształcony saper-kadrowiec. Mnie wyznaczyli na stanowisko naczelnika grupy wyposażenia.

Tutaj od razu trafiłem na niesympatyczną atmosferę. Szkopuł tkwił w tym, że większość całej ekipy, i tym samym działu planowo-produkcyjnego, składała się z pracowników przerzuconych tu ze Słucka, była to ścisła grupa mająca swoje metody pracy, wewnętrznie zgrana, od lat spójna i mająca swoje grupowe interesy. Wszystkich nowo przybyłych, przysłanych „z cywila”, traktowali nieżyczliwie, podejrzliwie i z jawnym uprzedzeniem. Każde polecenie, a szczególnie pachnące jakąkolwiek innowacją, powodowało kontrowersje, spory i odwieczne „a myśmy tak nie robili...”. Wszystko to potęgował jeszcze fakt, iż moim zastępcą w grupie był technik wojskowy 1 stopnia Krasilnikow, ciągle obrażony i nadęty i uważający, że pominięto go w awansach gdyż jawnie liczył na moje stanowisko. Dla niego było to niezwykle ważne pod kątem kariery, jak również w sensie osobistego prestiżu w tej maleńkiej, „elitarnej” grupie „słuckich weteranów”.

Ów Krasielnikow, abstrahując od wszystkiego, był przy okazji szefem komórki partyjnej naszego działu, informatorem NKWD, urodzonym intrygantem i generalnie bardzo niesympatyczną osobą.

Miasteczko Wysokie (albo Wysokie Litewskie) znajdowało się około 20 km na północny zachód od Brześcia, gdzie z kolei znajdowało się centrum całego rejonu umocnionego. Zarząd Robót nr 74 podlegał rejonowi Umocnionemu i wykonywał jego polecenia. Do Brześcia jeździłem głównie po to aby obejrzeć miasto znane z faktu, iż w 1918 roku podpisano tam „pokój bez aneksji i kontrybucji” między Niemcami a bolszewikami.  Oficjalnie jeździłem aby zapoznać się z budową umocnień. Dokładnie tutaj, w twierdzy brzeskiej, prowadzono szeroko zakrojone prace nad modernizacją samej twierdzy oraz budowano różnego rodzaju umocnienia i schrony bojowe.

Szefem odcinka robót w twierdzy był znany mi inżynier-budowniczy, technik wojskowy 2 stopnia Jasza Gorowic. Poznałem go w środowisku naukowo-technicznym w Kijowie. Okazało się, że zmobilizowano go jeszcze wcześniej niż mnie i zdążył się już tu całkiem nieźle urządzić, a nawet przywiózł z Kijowa swoją rodzinę.

Po oględzinach umocnień i rozmowach służbowych Gorowic zaprosił mnie do siebie do domu na obiad. Zajmował cały dom na przedmieściu, miał służącą -  polską dziewczynę – własny samochód z szoferem. Cały dom był dobrze i bogato wyposażony. A sam Jasza, a już szczególnie jego żona Sonia, ogarnięci byli manią skupowania wszystkiego co drogie i rzadkie. „Tu można wszystko kupić za bezcen w porównaniu z Kijowem. Popatrz tylko: te trzy obrazy Majewskiego kupiłem dosłownie za grosze, a w Moskwie czy w Kijowie można je spokojnie sprzedać po dwa tysiące za sztukę, przecież to eksponaty muzealne!” - z pasją pokazywał mi swoje nabytki Jasza.

Obiad był wyśmienity, na stole był „muzealny” serwis, a podawała nam służąca... Nieźle się tu żyło Jaszy! Opowiedział mi też ni to anegdotę, ni to prawdziwą historię: w 1939 roku, po ustanowieniu linii demarkacyjnej między Niemcami a ZSRR okazało się, że w tym rejonie przechodzi ona środkiem głównego nurtu rzeki Bug, która przepływała między samym miastem Brześć a twierdzą na wyspie – tym sposobem twierdza powinna przypaść Niemcom. Jakby przewidując to wszystko, radzieckie dowództwo przerzuciło tu całą dywizję i zanim nadeszli Niemcy okazało się, że rzeka zmieniła bieg i nurt jest po drugiej stronie wyspy, co sprawiło, że twierdza pozostała w rękach ZSRR. „Mówią, że przez okrągłą dobę dziesięć tysięcy ludzi ryło samymi łopatami, ale robotę wykonali. Niemcy byli wielce zdziwieni tym „przypadkiem fenomenu geograficznego”, ale jakoś to przełknęli” - śmiał się Jasza.

(…)

Robota kompletnie mi się nie kleiła. Krasilnikow zachowywał się wyzywająco, jawnie starając się sprowokować mnie do jakiegoś nieprzemyślanego zachowania. Powstrzymywałem się i starałem grać ściśle według zasad regulaminu służbowego, jak również kilka razy rozmawiałem z pułkownikiem Sokołowem na temat potrzeby normalizacji stosunków pracy w grupie, ale Sokołow najwidoczniej sam obawiał się Krasilnikowa i niczego nie robił. Skończyło się tym, że po jednym z wyskoków Krasilnikowa udałem się do Sokołowa i zażądałem zgody na spotkanie z naczelnym inżynierem Liaszkiewiczem i z szefem zarządu, pułkownikiem Safronowem.

Sokołow, przyznając się do własnej bezradności, niechętnie wyraził zgodę. Efektem tego spotkania było zwycięstwo Krasilnikowa. Chciałem aby Krasilnikowa przenieśli z mojej grupy w jakiekolwiek inne miejsce, ale zamiast tego kierownictwo doszło do wniosku, że zrobią mnie szefem bazy i centralnych warsztatów na stacji Czeremcha.

Zapewniali, że dla mnie jako administratora i inżyniera od produkcji, praca będzie bardziej odpowednia i że Krasilnikowa nie da się przenieść na inne stanowisko ze względu na jego partyjne koneksje. W rzeczywistości był to dla mnie jakby awans gdyż załoga bazy i warsztatów liczyła ponad 600 ludzi i szefostwo było na tyle taktowne, że nie omieszkało o tym wspomnieć w rozkazie. Następnego dnia wszyscy przeczytali, że „w wyniku administracyjnego połączenia centralnych warsztatów oraz głównej bazy materiałowej zarządu budownictwa” naczelnikiem tej nowej jednostki organizacyjnej o nazwie „centralna baza inżynieryjno-materiałowa” został technik wojskowy 3 stopnia P.N. Palij, natomiast czasowo pełniącym obowiązki naczelnika grupy wyposażenia w dziale planowo-produkcyjnym zostanie technik wojskowy 1 stopnia P.S. Krasilnikow. Koniec końców byłem zadowolony. Im dalej od tej bandy biurokratów i partyjnych intrygantów tym powietrze powinno być czystsze.

Po dwóch dniach pożegnałem się z rodziną Mogulskich i przeniosłem się do Czeremchy. Przygotowano mi już tam pokój w domu białoruskiego kolejarza, w osadzie koło stacji. Spotkałem się z bardzo dobrym i przyjaznym przyjęciem.

Do tej pory na terenie bazy istniały dwa niezależne organizmy: baza materiałowa i centralne warsztaty, które równolegle podlegały różnym oddziałom zarządu. Po ich scaleniu podlegać miały  wydziałowi głównego inżyniera. Zarówno kierownik warsztatów, cywilny technik Dudzin, jak i szef magazynów, intendent wojskowy Liwszic, byli zadowoleni z faktu, że skończył się czas biurokratycznego podziału władzy i że wszystkie kwestie sporne można będzie teraz załatwiać operatywnie i na miejscu, bez opóźnień i w gabinecie jednego naczelnika.

Praca wciągnęła mnie od pierwszych dni. Poza stroną techniczną, która wyglądała po staremu, czyli mało efektywnie i kompletnie niewydajnie i gdzie wiele można było poprawić, natychmiastowej i głębokiej uwagi wymagały kwestie zarządzania i organizacji pracy. Zarówno w warsztatach jak i w magazynach pracowały różne grupy ludzi: kadra wojskowa, pół-więźniowie z batalionów budowlanych, robotnicy wolnonajemni ze Związku Radzieckiego, jak również pracownicy najemni i przymusowi spośród ludności miejscowej. Ze względu na różny status każdej z tych grup były one nastawione do siebie antagonistycznie i powodowało to niekończące się pasmo incydentów, nieprzyjemności, a niekiedy awantur i skandali. Ja natomiast, kiedy praca mi się podobała, dawałem z siebie wszystko i tutaj, w Czeremsze, rzuciłem się w wir zajęć. Przychodziłem jako jeden z pierwszych i często wracałem długo po północy. Moi pomocnicy, Dudzin i Liwszyc, także urośli duchem i ze wszystkich sił starali się wspierać moje wysiłki mające na celu odpowiednie ustawienie roboty.

Najtrudniejszą sprawą były kwestie bytowe. Wszyscy przysłani nam robotnicy, w szczególności zaś członkowie batalionów budowlanych, mieszkali w ciasnych i brudnych barakach, w kompletnie antysanitarnych warunkach, wyżywienie było dosłownie więzienne, racje głodowe. W bazie była stołówka gdzie robotnicy mogli otrzymać obiad, jednak posiłki były bardzo niskiej jakości i w  ograniczonych ilościach. Śniadania i kolacje wszyscy mieli sobie organizować we własnym zakresie. W barakach dostępna była wyłącznie gorąca woda i to tylko w określonych godzinach. Członkowie „strojbatów” w zasadzie znajdowali się w sytuacji pół-aresztantów gdyż jednostki te składały się z ludzi, którzy albo ze względu na swoje pochodzenie społeczne lub też z powodu jakichś tam „grzechów wobec władzy” nie byli godni „stanąć w szeregach robotniczo-chłopskiej Armii Czerwonej”. Mieszkali w osobnych barakach w reżimie praktycznie więziennym i otrzymywali posiłki trzy razy dziennie,... ale jakie posiłki! Trudno było czegokolwiek wymagać od tych głodnych, zdesperowanych i prześladowanych przez władze ludzi „drugiej kategorii”.

Obsługa medyczna była na oburzająco niskim poziomie. Na sześciuset ludzi w bazie był jeden punkt medyczny obsługiwany przez młodego, świeżo upieczonego doktora, zmobilizowanego zaraz po ukończeniu uczelni medycznej. Miał do dyspozycji trzech sanitariuszy i cztery pielęgniarki – wszyscy pracowali na dwie zmiany. W punkcie medycznym było pomieszczenie na sześć łóżek. Chorzy gnieździli się w barakach (o ile nie cierpieli na nic zaraźliwego), a ciężko chorych odwożono do szpitala miejskiego w Wysokiem lub do szpitala kolejowego w Czeremsze. Lekarstw i jakiegokolwiek innego zaopatrzenia medycznego było mniej niż dla połowy robotników. W ciągu trzech miesięcy pracy, dzięki pomocy Borisa Liwszyca, bardzo operatywnego, rzeczowego i mądrego człowieka, szczerze pragnącego poprawić warunki bytowe w bazie (a przy okazji wpływowego członka partii), wiele udało się polepszyć i usprawnić.

Pracy było mnóstwo, ale najważniejsze było to, że wysiłki moje i moich pomocników dawały konkretne i pozytywne efekty. Znacznie polepszyły się stosunki pomiędzy pracownikami, poprawiła się efektywność pracy, udało się zorganizować dodatkowego lekarza na punkt medyczny i wreszcie, udało się doprowadzić do względnego porządku kwestię wyżywienia, a nawet uruchomić  kantorek spożywczy na terenie bazy.

Na tyłach mojego pokoju umościłem sobie maleńką sypialnię i często zostawałem na miejscu na noc jeśli za długo zasiedziałem się w robocie.

(…)

Na początku czerwca wybrałem się w objazd całego odcinka robót, od Wołynki do Łomży, celem zorganizowania lokalnych brygad remontowych. Podczas tej krótkiej podróży zobaczyłem i poznałem mnóstwo wielce interesujących szczegółów.

W Brześciu stawiano DOTy na samym brzegu wyspy. Nowe (według Jaszy Gorowica) koryto rzeki było szerokie na raptem 40 metrów. Po drugiej stronie rzeki Niemcy wznieśli posterunki obserwacyjne wyposażone w urządzenia optyczne i aparaty fotograficzne. „No i popatrz, Palij: jak zaczęliśmy robić poszycie to ustawiliśmy zasłony żeby nie mogli określić azymutów ostrzału, a wtedy oni postawili te wieże obserwacyjne. Podwyższyliśmy płoty a oni na drugi dzień mieli dwa razy wyższe wieże. Musieliśmy całkiem zasłonić się od tamtej strony, jak w jakiejś szklarni.”

Po drugiej stronie rzeki stał wysoki maszt z wielką czerwoną flagą, na białym okręgu wyraźnie odcinała się czarna swastyka. Na pomoście u stóp masztu stało kilku niemieckich wojskowych i przez lornetki przyglądali się budowie. „Piotrze Nikołajewiczu, weźcie no lornetkę, popatrzcie – szczególnie na oficerów... ładnie odstawieni... psia ich mać” - i Jasza wcisnął mi do ręki wielką artyleryjską lornetkę.

Z zaciekawieniem oglądałem Niemców. Lornetka miała duże powiększenie, widać było najdrobniejsze szczegóły umundurowania, guziki, pagony, nawet zmarszczki na twarzach i kolor oczu. Jakby ludzie z całkiem innego, nieznanego świata, stali tuż obok. „O, ten tam wysoki, w czapce... to major, plecione naramienniki, srebrzyste, na szyi czarny krzyż maltański, ich najwyższe odznaczenie, coś jak nasza gwiazda bohatera Związku Radzieckiego... Zasłużony faszysta...”

Zacząłem oglądać „zasłużonego faszystę”. Ostre rysy zawodowego żołnierza, gładko ogolony, w idealnie dopasowanym stalowo-szarym mundurze ze srebrnymi wypustkami, buty z wysokimi jak u Polaków napiętkami... Coś tam tłumaczył swojemu koledze wskazując ręką raz to na budowę, a raz w dół rzeki. Dziwnie było tak patrzeć na bezdźwięczny ruch jego warg. „jak w niemym kinie” - pomyślałem.

„A tam, pod tym brezentem, co to jest?” - „Stanowisko cekaemu. A tam, zaraz za drzewami, mają moździerze... i tak wzdłuż całej granicy. I wszystko w nas wycelowane... dobrzy przyjaciele, nie? A my im wysyłamy pociąg za pociągiem; drewno, węgiel, zboże... Codziennie przez Czeremchę przejeżdża 5 – 8 składów... Dziwna historia. Ale pojedziesz dalej to nie takie cuda zobaczysz, jeszcze lepsze widoki...”

„Że niby co?” - „Co tam będę gadać, sam zobaczysz to się i wtedy zastanowisz nad dziwnymi rzeczami. Wszyscy o tym wiedzą i wszyscy udają, że nie ma o czym gadać.”

I rzeczywiście, było się czemu dziwić! Kiedy następnego dnia dotarłem do Siemiatycz i poszedłem nad granicę, na sam brzeg, to od razu ujrzałem te „dziwne rzeczy”. Po niemieckiej stronie, na brzegu, równiutkimi rzędami ułożone były wszystkie elementy... mostu pontonowego! Nawet same pontony ustawione były na wałkach, ułożonych pięknie do samej wody! „I tutaj, i dalej w stronę Drohiczyna, i pod Grodziskiem... Cholera wie po co ta cała demonstracja” - mówił mi szef odcinka - „Grają nam na nerwach... Wszędzie chodzą niepokojące słuchy. Góra nas uspokaja, za to tutaj wszędzie pełno mętnych pogłosek, niedomówień i aluzji, a wszystko to szarpie nerwy.”

I tak było na wszystkich placach budów. Na całej linii nowej granicy mówiło się, że Niemcy się do czegoś szykują. I wszyscy bali się powiedzieć – do czego? Oficjalnie nazywało się to „rozpuszczaniem prowokacyjnych pogłosek” i wszyscy woleli używać niedomówień albo wręcz milczeć, ukrywając strach i niepokój.

W Łomży znowu spotkałem swojaka z Kijowa. Georg Prozan pracował kiedyś ze mną w jednym biurze, ale potem ożenił się z siostrzenicą Zatońskiego, wstąpił do partii i szybko wystrzelił w górę, był nawet przez jakiś czas głównym inżynierem w centralnych warsztatach naprawczych kolei, a potem, jak Zatoński padł, sam mało co nie wylądował za kratkami. Jakimś cudem się wywinął ale, rzecz jasna, poleciał ze stołka. Z partii go jednak nie wyrzucili. „Trudno zrozumieć o co chodzi. Powiem ci w sekrecie, że na zebraniu aktywu partyjnego zadawali te same pytania prelegentowi z wydziału politycznego, a ten na wszelkie sposoby wykręcał się od odpowiedzi. A jak jeden pilot powiedział, że sam nie raz obserwował przemieszczanie się wielkich jednostek wojskowych, to wiesz co ten tuman powiedział? Nie uwierzysz! Powiedział, że to całkowicie zrozumiałe, iż Niemcy przygotowują się do ostatecznego uderzenia na Anglię i że tutaj właśnie trwa koncentracja rezerw do tego uderzenia... No i co? Jak ci się podoba? Uderzenie przez La Manche, a rezerwy pod Warszawą... Ja, braciszku, powiedziałem swojej Nataszy, że póki siedzi z dziećmi w Kijowie to niech siedzi, a tutaj niech się nie wybiera... Rezerwy!

„A ty sam co myślisz? Jak to wszystko odbierać? Przecież jesteś członkiem partii, powinieneś mieć więcej informacji” - Wiesz, Pietia, tobie mogę powiedzieć, znamy się jeszcze z czasów pierwszego zjazdu metalowców... W 1926? Żałuję, że wtedy poszedłem do partii. Określone warunki, nadzieje,  pęd do przodu i, oczywiście, naciski ze strony rodziny Nataszy... drogo za to zapłaciłem. A teraz to już uciec się nie da, nie ma szans! A pracować inżynierowi-partyjniakowi dwa razy trudniej, łgać musisz i tym co pod tobą i tym co u góry. Jak to wszystko rozumieć? Tak sobie myślę, że Niemcy któregoś pięknego dnia otworzą drugi front – tak to właśnie rozumiem. I jak już nadejdzie ten dzionek, to kiepsko tu z nami będzie. Na granicy teraz nie ma sił, które mogłyby przyjąć pierwsze uderzenie i utrzymać się bodaj przez krótki czas. Ile jest kilometrów od granicy do twojej bazy? Ze 25? To dam ci radę: jak usłyszysz pierwsze strzały, to zbieraj wędki i drapaka w tył! U nas tutaj to nawet nie będzie takiej szansy; w 15 minut zajmą wszystkie odcinki.

Darujcie, Piotrze Nikołajewiczu, nasza rozmowa miała wyjątkowo konfidencjonalny charakter. Niewykluczone, że się już nigdy nie spotkamy.”

Wszystkimi owładnęło uczucie nieuchronnej zguby i jakiegoś narastającego strachu. Niemcy, niczym boa-dusiciel królika, hipnotyzowali pracujących na granicy swoim żelaznym spojrzeniem i zwojami mocarnego cielska ułożonego po drugiej stronie wąskiej rzeki.

(…)  

Liwszic zaproponował zorganizowanie wielkiego pikniku dla załogi całej bazy celem „integracji kolektywu pracowniczego”. Pomysł mi się spodobał i rozpoczęliśmy przygotowania. Na miejsce pikniku wybraliśmy Puszczę Białowieską. Z Czeremchy do stacji w Hajnówce było raptem 25 kilometrów, a tam już zaczynała się puszcza. Datę pikniku wyznaczyliśmy na 22 czerwca.

(...)

W zarządzie wyczuwało się jakiś niepokój i nerwowość. Projekt spotkania integracyjnego zatwierdził zastępca naczelnika – nawet nie zainteresował się szczegółami czy kosztami, po prostu dopisał z wierzchu „zatwierdzam” - i tyle. Sam naczelnik wraz z Liaszkiewiczem zostali wezwani na pilne zebranie do generała Puzyriewa, dowódcy Rejonu Umocnionego.

(…)

W bazie sprawdziłem jak idą przygotowania do jutrzejszego pikniku, wydałem ostatnie polecenia  kolumnie transportowej aby była gotowa na godzinę 08:30 rano, i przez lasek, na skróty, poszedłem na kwaterę. Nastrój miałem jakiś taki, że ani gadać z ludźmi ani pracować nie byłem w stanie. Położyłem się w lesie i do zmroku tak po prostu leżałem patrząc w górę na szczyty sosen. Rysia... Rysia... biedna dziewczyna... (Palij odwołuje się tutaj do sytuacji kiedy to radziecki oficer pobił i napastował młodą kobietę ze znanej mu polskiej rodziny – przyp. tłum.). Pierwszy raz w życiu miałem ochotę zabić człowieka – i to nie tak po prostu zabić, ale powoli, jak sadysta, zamęczyć. Wstyd mi było za kraj, z którego pochodzę, za armię, w której służę, za komisarza dywizji i za samego siebie za to, że nie miałem ani prawa ani odwagi stanąć w obronie tej jasnowłosej, młodziutkiej polskiej dziewczyny.

Po powrocie wypiłem herbatę, którą zaparzyła mi moja gospodyni, „ciocia Nastka” i położyłem się spać.

Przyśnił mi się ojciec i to był pierwszy sen o nim od jego śmierci w listopadzie. Przyśnił mi się jakoś tak niejasno, wszystko było jakieś rozmydlone. Stał tuż obok i próbował coś powiedzieć zupełnie jak wtedy kiedy umierał. Rozumiałem tylko jedno słowo: „synku... synku...”. Obudziłem się na chwilę, gdzieś nisko nad domem przeleciał samolot, na zegarku było parę minut po drugiej.

I znowu ojciec... idzie po zroszonej trawie zostawiając ciemne ślady. Łąka taka zielona, i wielkie rumianki na skraju lasu. Ojciec idzie boso, w nieprzewiązanej, szarej i starej koszuli, spodnie zawinięte do kolan, w ręku ma wędkę. Idzie i tak chytrze się uśmiecha, wolną ręką gładząc swoją rudą bródkę. Jego uśmiech i spojrzenie tych zielonkawych oczu są jakieś takie niezwyczajnie miękkie i łaskawe. Podchodzi do strumyka i stąpa po kładce z desek.

I nagle deski łamią mu się pod stopami z ogłuszającym hukiem i trzaskiem.

2. Odwrót - ucieczka

Od tego huku i trzasku momentalnie się przebudziłem. Z sufitu sypał się tynk, dzwoniły resztki szkła w rozbitym na kawałki oknie, ciocia Nastka coś tam histerycznie krzyczała, a za oknem świecił purpurą coraz jaśniejszy przedświt. Co chwila słychać było bliskie i silne eksplozje i za każdym razem jaskrawe światło rozświetlało niebo jeszcze bardziej. Wybuch!..., pożar!... W bazie albo na stacji... To Niemcy... uderzenie!...

Ubierałem się gorączkowo; wciągnąłem buty, chwyciłem koalicyjkę i pas z kaburą i wyskoczyłem przez okno do sadu. „Niemce idą! O, tamoj, lotniki... patrzaj naczalnik!” - gospodarz stał w sadzie i ręką wskazywał na prześlizgujące się cienie samolotów, widoczne na tle czerwono-pomarańczowych obłoków wznoszących się nad stacją.

Stałem jak zaklęty, patrząc na szybko rozprzestrzeniający się pożar. No i otworzyli drugi front, Żorka Prozan miał rację. Wojna! I palą się zbiorniki paliwa, magazyny impregnatów... O żesz... co ze mną? Przecież moje miejsce jest w bazie, trzeba coś robić, tam już na mnie czekają... I nie wracając do pokoju pognałem przez lasek do bazy.

Cały las był wręcz fantastycznie oświetlony łuną płonącej stacji kolejowej, od strony bazy niebo także jaśniało, ale tam nadchodził świt – świt pierwszego dnia wojny. Im bliżej byłem bazy, tym częściej między drzewami przemykały sylwetki biegnących ludzi. Dopadłem jakiegoś robotnika a ten, ujrzawszy mnie, podniósł bezsensownie rękę do daszka czapki i wykrzyczał: „Towarzyszu... towarzyszu, a gdzie teraz dzieciaki i babę dać... jakie zarządzenie będzie?”

Ledwie dysząc po biegu zatrzymałem się przy wjeździe do bazy. Dyżurny już wprowadził w życie odrębny, specjalny plan obrony. Przy wjeździe stał cekaem i z dziesięciu czerwonoarmistów w pełnym bojowym ordynku, z maskami pegaz i w hełmach. Z boku zbierała się grupka robotników i urzędników, którzy przybiegli przede mną; na bazę ich nie puszczali i takie było założenie. Zgodnie z tymże założeniem dyżurujący podporucznik poprosił o hasło – podałem je i pobiegłem do swojego gabinetu aby zadzwonić do Wysokiego.

Nocny dyżurny w kancelarii, młodszy technik wojskowy, prawie chłopaczek, mocno przestraszony, chwiejąc się i plącząc zameldował, że niemal jednocześnie z nalotem dzwonili z Wysokiego i dyżurny zarządu przekazał: „Specjalny plan obrony, obowiązuje rozkaz 212!”. A potem powiedział: „Niemcy przekraczają granice – wojna! Niech szef bazy dzwoni zaraz po linii specjalnej.” To było o 04:38, pierwszy nalot na Czeremchę był o 04:22. Cały personel ochronny bazy w pełnej gotowości, cały teren otoczony wzmocnionymi posterunkami, zespoły przeciwpożarowe i specjalne szykują się, felczer i dwie pielęgniarki są już na punkcie medycznym...

Spojrzałem na zegarek: była 05:10 rano. „Dajcie zarząd po specjalnej” - chwyciłem za telefon. W słuchawce słychać było rozmowy, krzyki, standardowe wiązanki. Ktoś uparcie krzyczał: „Skrzynie, zielone skrzynie! Ładować w pierwszej kolejności... Zielone!” Wreszcie ktoś zapytał: „Kogo dać? - i połączyli mnie z Liaszkiewiczem. „Wojna, Palij! Niemcy przekroczyli granicę... Bombardują jak leci. Co u was? Kolumna Rejonu Umocnionego, razem z naszym zarządem, będzie przejeżdżać koło bazy około 09:00. Dołączycie ze swoimi, przygotujcie się... To wszystko! Działać zgodnie z rozkazem 212! Szczegóły dam przez łączników! Wszystko!”

Jeden za drugim nadbiegli Dudzin, Liwszic, Pogoriełow i porucznik Borysow, dowódca ochrony bazy. Zaczęliśmy pośpieszną naradę, ale nie zdążyłem nawet zagaić słowem „towarzysze” kiedy zawyły syreny obrony przeciwlotniczej. Wyskoczyliśmy z kancelarii. Słońce już wstało i w jego niskich promieniach, jaskrawo oświetlone, błyszcząc na różowo, leciały rzędem od granicy cztery samoloty. Rozciągnęły się, i wszystkie naraz jak jeden mąż runęły na bazę, gwałtownie zniżając lot. Przylgnąłem do pnia wielkiej sosny, samoloty przeleciały nisko nad nami strzelając z karabinów maszynowych i zrzucając lekkie bomby zapalające. Wszystko skryło się w obłokach pyłu i dymu, gdzieniegdzie wybuchły pożary, jedna z bomb trafiła w budynek warsztatów mechanicznych i zobaczyłem jak wielka obrabiarka wyleciała z warsztatu i utkwiła między budynkiem a sosną, która rosła obok.

Jak tylko samoloty przeleciały, dowódca straży pożarnej chciał zaraz biec do akcji. „Z powrotem, kryć się! Będą zawracać!” - zatrzymałem go, śledząc ich tor lotu.

Cała czwórka równiutko powtórzyła manewr. Nadlatywali teraz od strony Wysokiego i rzucili się do ataku pod kątem prostym w stosunku do poprzedniego nalotu. Jedna z bomb rozerwała się obok kancelarii, rzuciło mnie jak lalką o ziemię, ale zaraz się poderwałem. Trzęsły mną nerwowe dreszcze i nawet zęby mi dzwoniły, nie mogłem mówić. Na terenie bazy był totalny chaos, pożary wybuchły od razu w dobrych dziesięciu miejscach, więcej jak połowa budynków legła w gruzach, wybuchła cysterna z benzyną... Strat w ludziach prawie nie było gdyż na terenie była tylko ochrona i strażacy. Zginął jeden żołnierz, drugiego raniło. Nieszczęśnika, skowyczącego cienkim głosem, przenieśli na noszach do punktu medycznego. Przedni z noszowych, o twarzy skamieniałej ze strachu, zrównując się ze mną powiedział: „Zaraz umrze... za minutę... co on ma na piersiach... umrze.”

Samoloty odleciały. Nie było sensu gasić pożarów – i nie było jak. Jeden, dwa można by ugasić, ale z dziesięć... Nie było na tyle sprzętu ani ludzi. A przede wszystkim nie było wody! Wieża wodna rozbita bombą, a zapas w cudem ocalałej wieży ciśnień nie wystarczy nawet na jedno gaszenie...

Wszystkie budynki na terenie bazy to były stojące oddzielnie baraki, każdy w pewnej odległości od drugiego i dlatego ogień nie przeskakiwał z jednego baraku na drugi. Ponad połowa bazy poszła z dymem, ale główny magazyn z artykułami, umundurowaniem i drobnymi częściami, na szczęście pozostał nietknięty, podobnie jak skład amunicji i materiałów wybuchowych, który stał oddzielnie. Łączności z Wysokiem-Litewskim nie było ani po zwykłej ani po specjalnej linii. Po pierwszym szoku, czysto fizycznym strachu i panice, doszedłem do siebie, przestałem się trząść i znowu mogłem mówić, myśleć i działać. „No i załatwione! Wszystko się zgadza! Rach-ciach i bazy nie ma... Dobrze, że ludzi nie było w robocie, bo by trupów było więcej jak żywych.” - wzdychając, i jakby z ulgą, powiedział Liwszic.

Łączności z kierownictwem zarządu nie było, ale w końcu znaleźliśmy miejsce gdzie przerwało przewody i jeszcze raz wykręciłem Wysokie. Odebrał dyżurny i przekazał polecenie szefa zarządu: „Posiadanymi siłami organizować obronę bazy do czasu podejścia kolumny Rejonu. Przygotować wszelkie środki do ochrony przeciwpożarowej na wypadek nalotu. Przygotować bazę na okoliczność ewentualnej szybkiej ewakuacji. Miejscowych na teren nie wpuszczać. W sytuacji awaryjnej postępować zgodnie z rozkazem numer 212.” Potem dyżurny dodał: „Kolumna Rejonu wyjechała już z Wysokiego na Czeremchę, atakowali u nas sztab sto czterdziestej piątej, Brześcia jeszcze nie zajęli...” Zwijam łączność i będę gonić kolumnę. To tyle. Wszystkiego dobrego życzę, towarzyszu inżynierze!”

„No i masz rozkaz.” - pomyślałem - „Pięćdziesięciu dwóch krasnoarmiejców, dwa stare Maksimy i pięciostrzałowe karabiny... będziemy bronić bazy! Za przygotowanie sprzętu gaśniczego nie ma się co brać... spalił się razem z bazą. Ale przygotować bazę do ewakuacji – to już jakiś konkret!”

I wydałem stosowne dyspozycje: wszystkich, łącznie z kobietami i dziećmi, zebrać w młodniku na południowym skraju bazy. Posiadany transport – 14 samochodów – pojedynczo podstawiać pod magazyn, ładować do połowy zapasami, reszta miejsca na pace dla ludzi. Strażaków uzbroić na ile się da i dołączyć do ochrony pod komendę Borisowa. Wszystkie pozostałe budynki, włącznie z magazynem materiałów wybuchowych, przygotować do wysadzenia.

Po siódmej rano nad bazą znowu przeleciały trzy niemieckie samoloty. Jeden odłączył się od reszty, zatoczył szeroki krąg i świsnął nad bazą, zrzucając trzy bomby i strzelając z karabinów maszynowych. Dwie bomby spadły nieszkodliwie, a trzecia przewróciła wieżę ciśnień.

Do ósmej załadowaliśmy posiadane ciężarówki, wyprowadziliśmy je do lasu i zamaskowaliśmy i zebraliśmy prawie cały personel, łącznie z żonami i dziećmi. Cała baza była obstawiona plus dodatkowo wysłałem w kierunku granicy kilka patroli.

Było cicho i spokojnie; jasny, słoneczny poranek i prawie bezwietrznie. Powoli dopalały się jeszcze resztki zabudowań bazy. Jasne było, że nie ma groźby nowych nalotów. Z rzadka, w oddali, widać było przelatujące niemieckie samoloty. Od strony Brześcia co jakiś czas słychać było ni to wybuchy, ni to wystrzały z dział.

Siedziałem przy wjeździe do bazy i patrzyłem na leśną drogę do Wysokiego, nie wiedząc czy zobaczę na niej kolumnę Rejonu czy... niemieckich żołnierzy. Kilku czerwonoarmistów pod dowództwem starszego sierżanta Szuliaka, którzy trzymali wartę przy wjeździe, najwyraźniej także myślało o tym samym. Nagle na drodze pojawiła się grupa żołnierzy, na czele których prawie biegł Krasilnikow. Wstałem i wyszedłem mu naprzeciw. Krasilnikow zatrzymał się i wykrzyknął: „Technik wojskowy Palij, do mnie! Biegiem!”

Zatrzymałem się, a Krasilnikow zaczął wręcz histerycznie wrzeszczeć: „Do mnie, biegiem, to rozkaz! Technik Palij! Biegiem!” Wyglądał bardziej niż dziwnie: bluza wyszła mu zza pasa, furażerka zsunięta na bok, rozchełstany pod szyją. „A wy co, Krasilnikow? Pochlaliście z rana dla kurażu?” - cicho zapytałem. W odpowiedzi Krasilnikow wrzasnął, przechodząc w falset: „Bez gadania! Wykonać rozkaz! Biegiem!” - i nagle wyszarpnął z kabury Nagana.

Na mgnienie oka zadrżałem bo przypomniało mi się jak całkiem niedawno, na zebraniu dowódców w zarządzie, Krasilnikow wygłaszał mowę o zmianach w przepisach porządkowych i szczególnie rozsmakował się w prawie dowódcy, w warunkach bojowych, do wymagania bezwzględnego posłuszeństwa, włącznie z zastosowaniem siły (czyli legalizacja mordobicia) i z zastosowaniem broni (czyli legalizacja zabójstwa). „Idiota na serio może puścić kulkę.” - pomyślałem, i odwróciwszy się do bramy, zakrzyknąłem: „Sierżant, do mnie!”

Zobaczywszy nadbiegających żołnierzy Krasilnikow najwyraźniej doszedł do siebie. Co mu było i co spowodowało takie dziwaczne zachowanie – nie miałem pojęcia. Schował Nagana do kabury i odezwał się już całkiem spokojnie: „Jestem dowódcą straży przedniej kolumny Rejonu, samochód mi się zepsuł... zabieram wasz... Kolumna nadjedzie za pół godziny. Zatankujcie samochód zapasowym paliwem. Wykonujcie rozkaz, towarzyszu Palij.”

Popatrzyłem na niego: „Rozkaz będzie wykonany, towarzyszu dowódco straży przedniej, ale o waszym histerycznym zachowaniu zamelduję przełożonym! A wam radzę doprowadzić się do porządku i napić zimnej wody.” - odwróciłem się i pomaszerowałem w kierunku wjazdu do bazy.

Krasilnikow dostał GAZa-półtoratonówkę i odjechał ze swoją „awangardą” na pace ciężarówki.

Było już wpół do dziesiątej gdy na drodze pojawiła się kolumna Rejonu Umocnionego. Samochody jechały powoli, w dużych odstępach, wielu ludzi szło na piechotę. Kolumna przepełzała obok bazy bez zatrzymywania się. W jednym z samochodów osobowych dojrzałem generała Puzyriewa. Główny inżynier Liaszkin na moment zatrzymał się i powiedział do mnie: „Dołączajcie cały wasz inwentarz do kolumny. Sami razem z ochroną zostaniecie w bazie dopóki nie zobaczycie, że osłona z piechoty wycofuje się spod granicy. Wtedy wysadzajcie bazę i gońcie nas. Idziemy na Kleszczele, zostawię wam wskazówki. Zostawiam wam do dyspozycji dwa plutony „pulbatowców” (żołnierze samodzielnych batalionów ciężkich karabinów maszynowych i artylerii fortecznej – jednostki te winny były obsadzać schrony bojowe; najprawdopodobniej chodzi o żołnierzy z 17 lub 18 batalionu – przyp. tłum.). Kapitanie Palij... Z „inżynierki” niewiele co zostało.” - uśmiechnął się i pomachał mi ręką.

Jeden z dowódców plutonów, które mi zostawiono, powiedział, że w kolumnie nie ma prawie nikogo z dowództwa rejonu umocnionego, tylko generał Puzyriew i może z dziesięciu oficerów – pozostali nie zdążyli się zabrać. On sam, Konstantin Suworow, razem z plutonem był na szkoleniu niedaleko od Wysokiego. Puzyriew, po drodze z Brześcia do Wysokiego, zgarniał po drodze wszystkich, których napotkał.

„Mam wrażenie, że generał jest totalnie spanikowany.” - powiedział wysoki, młody podporucznik, który dowodził plutonem tylko dlatego, że nominalny dowódca gdzieś im się zgubił po drodze...

Znowu przeleciał klucz samolotów. Zrobili krąg nad bazą i polecieli dalej, nie rzucając bomb ani nie strzelając. „Robotę zrobili... nie ma się do czego czepić, kamienia na kamieniu nie zostawili.” - powiedział jeden z podporuczników, który nadszedł razem kolumną. „A gdzie nasze? Nawet jednego jeszcze nie widziałem w powietrzu, a tyle ich było na lotniskach... czyżby wszystkich załatwili?”

Z lasu nadbiegli zziajani zwiadowcy, ich sierżant wrzasnął: „Idą! Idą Niemcy towarzyszu kapitanie! Na własne oczy widzieliśmy... Pociąg pancerny przejechał przez most, na wagonach białe polskie orły, a z wierzchu czarne swastyki namalowane... Z obu stron wzdłuż toru szeregi piechoty. Dużo ich idzie - po drodze i na przełaj przez las. Nasza osłona się cofa, zaraz tu będą.”

I dosłownie na potwierdzenie jego słów, w lesie po tamtej stronie drogi, od razu w wielu miejscach, pokazali się szybko idący czerwonoarmiści. Dałem rozkaz aby całe moje „wojsko” zebrało się przy wjeździe do bazy.

Podszedł starszawy porucznik i na moje pytanie o Niemców odpowiedział: „Co tam, kapitanie,  dużo gadać; i my, i wy musimy się zabierać. Idą za nami, będą tu za pół godziny. Trudno ocenić ilu ich tam idzie... dużo. Powoli czeszą las tyralierami, boją się zasadzek. Ani razu nie strzeliłem, pusty śmiech chwyta. Z jednej strony armia, a z drugiej...” - i machnął ręką w kierunku swoich ludzi. Z pięćdziesięciu małych Uzbeków o przerażonych spojrzeniach czaiło się po krzakach przy drodze, z nadzieją i strachem popatrując to na swojego dowódcę, to na las.

„No i, kurwa, niech idą... zawijamy się dalej, gdzieś gdzie przynajmniej będzie możliwość obrony. To na razie, towarzyszu kapitanie. Radze i wam się zebrać jeśli nie chcecie pogadać po niemiecku... Na razie!” - i machnąwszy ręką na swoich ludzi szybko pomaszerował wzdłuż płotu w las.

„Borisow! Odpalajcie fajerwerki! Wycofujemy się! Dwoma szeregami, gęsiego, przerwa dziesięć metrów. Idziemy prosto przez las, zyskamy na czasie. Za mną!” - rozkazałem.

W bazie rozległy się wybuchy, najpierw kilka niedużych, a potem z ogłuszającym hukiem wyleciał w powietrze magazyn amunicji i materiałów wybuchowych – wszystko to, czego nie dało się wywieźć z kolumną transportową.

„Ech, musieli w Brześciu usłyszeć! Może się Niemcy wystraszą i uciekną do domu... I od razu zwycięstwo nasze.” - rozległy się żarty wśród żołnierzy.

Całkiem się już ściemniło kiedy na przełaj przez las dotarliśmy do miasteczka Kleszczele. Czekali tam na nas łącznicy i już w całkowitych ciemnościach dołączyliśmy do kolumny Rejonu Umocnionego. Zameldowałem o wszystkim Liaszkiewiczowi i z jego rozkazu, podjadłszy, ułożyłem się wygodnie do snu w jednym z naszych samochodów. Znalazły się tam też wszystkie moje rzeczy które, pośpiesznie upchane w walizki, wylądowały tam dzięki staraniom Liwszica.

Obudzili mnie kiedy było jeszcze ciemno, na wschodzie ledwie rozjaśniało się niebo. „Generał Puzyriew zwołuje oficerów, mam rozkaz budzić wszystkich, niedługo ruszamy.” - powiedział jakiś żołnierz, który po mnie przyszedł.

Generał Puzyriew był grubiutkim człowieczkiem niskiego wzrostu, z okrągłą babską twarzą. Na dowódcę rejonu umocnionego wyznaczono go względnie niedawno. Powiadano, że jest niezłym szefem i administratorem, ale że strasznie chełpi się swoim stanowiskiem i domaga się od wszystkich wielkiego poszanowania dla swojej pozycji. Generał siedział na jakiejś skrzyni, rozespany i zasępiony, i palił papierosa za papierosem. Kiedy zebrali się wszyscy oficerowie – a było tego pewnie ze sto pięćdziesiąt luda – nie podnosząc się z miejsca, powiedział: „ Towarzysze dowódcy, do chwili obecnej nie mam ani rozkazów z dowództwa ani łączności... Póki co jesteśmy zdani na siebie i naszym zadaniem jest oderwać się od Niemców i jak najszybciej wejść w kontakt z wyższym dowództwem frontu lub rejonu. Towarzysz technik wojskowy 1 rangi Liaszkiewicz ma plan, który zatwierdziłem w ogólnym zarysie. Opowiedzcie, Liaszkiewicz, towarzyszom o waszym planie.”

Liaszkiewicz bardzo krótko i rzeczowo wyjaśnił, iż mimo, że nie posiada żadnych konkretnych danych o ruchach wojsk niemieckich, to logika podpowiada, że istnieje dość bezpieczna droga odwrotu dla kolumny Rejonu.

„W tej chwili znajdujemy się na południowo-zachodnim skraju błot pińskich. Trójkąt Brześć – Baranowicze – Mozyrz to nieprzerwanie ciągnące się bagna i Niemcy tamtędy nie przejdą. Wzdłuż tych błot, na odcinku ponad stu kilometrów, ciągnie się Puszcza Białowieska. Niemcy nie będą ryzykowali przemarszu tamtędy, dróg tam nie ma i byliby zbyt łatwym celem. Myślę, że wybiorą kierunek na północny-wschód, w stronę Wilna i Witebska – na lewo od nas, i na Kijów – to na prawo od nas, po przeciwległej stronie błot pińskich. Bazując na tych założeniach zaproponowałem, a towarzysz generał zaakceptował następujący plan: za godzinę, o 05:00, kolumna wyrusza w trzech eszelonach. Pierwszy: dwa plutony z batalionu cekaemów w piętnastu samochodach, oddziałem dowodzi pułkownik Safronow. Drugi: wszyscy członkowie rodzin, kobiety, dzieci, cywile i budowlańcy w dwudziestu pięciu samochodach pod dowództwem majora Juzenicza. I trzeci eszelon w składzie dwóch plutonów z batalionu cekaemów plus ochrona bazy z sześcioma samochodami i wszystkimi podwodami. Dowodzi kapitan Krasielnikow. Odstępy między oddziałami: pół kilometra.   Przodem, po bokach i w straży tylnej – zwiad i osłona. Dowódcą kolumny jest generał Puzyriew, który wyznaczył mnie na swojego zastępcę operacyjnego. Dowódców poszczególnych eszelonów proszę do siebie, pozostali na swoje stanowiska. Powtarzam, wyruszamy o 05:00, kierunek Białowieża, Cichowola, Wołkowysk.”

Plan Liaszkiewicza był, oczywiście, bardzo dobry. Wróciłem do swojego pododdziału. Okazało się, ze jestem w grupie dowodzonej przez mojego „przyjaciela” Krasilnikowa. Było to mocno nieprzyjemne, ale zanim zdążyłem przenieść swoje rzeczy ponownie wezwano mnie do Liaszkiewicza.

„Palij -  wy i porucznik Borisow zostaliście z mojej rekomendacji wyznaczeni na osobistych adiutantów generała i macie być cały czas przy nim celem utrzymania łączności i przekazywania rozkazów operacyjnych. Zameldujcie się natychmiast u generała.”

Generał posępnie obejrzał mnie i Borisowa i rozkazał: „Macie być cały czas przy mnie, nie oddalać się nigdzie bez rozkazu. Jeden siada obok kierowcy, drugi tutaj, obok mnie. Nie gadać i palić nie za dużo...”

Kolumna ruszyła o wyznaczonej porze i w ciągu godziny w całości wjechała do lasu, pod osłonę wiekowych drzew. Generał sprawiał wrażenie jakby był w jakimś półśnie. Siedział w swojej emce obok Borisowa i regularnie połykał jakieś pigułki. Najwyraźniej ich efektem było to, że od czasu do czasu kazał zatrzymywać samochód i udawał się za małą potrzebą, przy czym robił to absolutnie bez skrępowania, na oczach wszystkich.

Z początku Liaszkiewicz meldował generałowi o wszystkim co się dzieje i prosił o zgodę na takie czy inne zarządzenie, ale generał na nic nie reagował i skończyło się na tym, iż Liaszkiewicz całkowicie objął dowództwo, nie pytając już o nic i nie niepokojąc generała. Borisow i ja staliśmy się bezpośrednimi pomocnikami Liaszkiewicza.

Do godziny 12:00 przebyliśmy tylko 18 kilometrów. Zrobiliśmy pierwszy przystanek i generał Puzyriew, dowiedziawszy się o tak powolnym przemieszczaniu, był bardzo niezadowolony i rozkazał przeorganizować całą kolumnę. Rozładowano ciężarówki tak, aby wszyscy mogli pomieścić się na samochodach a przewożone ładunki wyrzucono i zniszczono. Pozostawiono wyłącznie paliwo, żywność i zaopatrzenie medyczne. Konie i podwody pozostawiono u leśnika.

„Przede wszystkim trzeba dotrzeć do swoich, dołączyć do armii, oto nasze zadanie.” - i generał ponownie usadowił się na swoim miejscu w emce.

Kiedy po postoju skrócona kolumna znowu ruszyła po wąskich duktach, Liaszkiewisz szeptem poinformował mnie: „Uciekło pięćdziesięciu dwóch ludzi. Większość to budowlańcy, ale są i rasowi dezerterzy. W nocy z pewnością ucieknie jeszcze więcej.”

Kolumna dalej przemieszczała się bardzo wolno, nawet teraz kiedy wszystkich rozmieszczono już na samochodach. Leśna droga, piaszczysta i częściowo rozmyta przez deszcze, wąska i kręta, nie pozwalała na rozwinięcie większej prędkości niż 10-12 kilometrów na godzinę. Pod wieczór zadecydowano, że staniemy na nocleg w pobliżu malutkiej, leśnej wioseczki o nazwie Nowy Dwór.

(…)

Dzień minął całkiem spokojnie, jakby wojny zupełnie nie było. Kilka razy słychać było dalekie, wyciszone przez las, odgłosy wybuchów czy też huku strzelającej artylerii,  co jakiś czas słyszeliśmy przelatujące samoloty, niewidoczne spod zasłony drzew, ale tutaj, pod dachem z mocarnych drzew panowała cisza. Kolumna wolno pełzła po leśnych duktach, skutecznie ukryta przed wzrokiem lotników. Kilkakrotnie stawaliśmy aby coś zjeść. Chociaż oficjalnie kolumna nazywała się „kolumną transportową Rejonu Umocnionego pod komendą dowódcy rejonu,  generała Puzyriewa” to w rzeczywistości była to kolumna Zarządu Robót pod dowództwem głównego inżyniera Liaszkiewicza. Sam Liaszkiewicz pochodził z tych stron i w młodości, przed rewolucją, mieszkał w Kobryniu. Trochę jakby płochliwy i mało zdecydowany, a może w roli głównego inżyniera po prostu ostrożny, nagle zmienił się w zdecydowanego i sprawnego organizatora pochodu kolumny składającej się z wojskowych, pół-wojskowych, robotników, kobiet i dzieci oraz tych, którzy byli niemal więźniami - członków batalionów budowlanych. W ciągu doby zdołał zaprowadzić porządek i dyscyplinę oraz zdobyć autorytet i zaufanie. Jego polecenia były krótkie i dokładne i z przyjemnością je wypełniałem. Liaszkiewicz był bez dwóch zdań bardzo dobry w swojej nowej roli.

Wszyscy byli bardzo zmęczeni i marzyli tylko o odpoczynku i śnie. W lesie natrafiliśmy na zupełnie unikalne zjawisko: pod każdą jodłą był jakby wielki, okrągły pokój. Najniższe gałęzie wielkich jodeł (o obwodzie ze cztery albo i więcej metrów) przygięte były do ziemi i przysypane grubą warstwą opadłych igieł, ich końce natomiast wychodziły w pewnej odległości spod tego kożucha i prawie pionowo zaginały się do góry, tworząc dookoła jakby ścianę. Niektóre z tych „pokojów” miały i po trzydzieści metrów średnicy. A podłoga sucha, sprężysta i miękka.

Przed snem Liaszkiewicz zwołał wszystkich dowódców, którzy pełnili jakiekolwiek obowiązki służbowe w naszej kolumnie, celem omówienia sytuacji i określenia zadań na kolejny dzień. Zwiadowcy, wysłani prawie na sam północny skraj puszczy, wrócili bez nawiązania kontaktu z dowództwem. Dowódca zwiadu zameldował, że napotkano na dwie niewielkie grupki żołnierzy, starające przedostać się w kierunku na Homel, ale dowódcy obydwu grup odmówili propozycji dołączenia do kolumny Rejonu twierdząc, iż mniejsze grupy mają większą szansę na przedostanie się. W kolumnie nie posiadaliśmy urządzeń do łączności dwukierunkowej. Mieliśmy kilka zwykłych odbiorników radiowych, ale odbiór centralnych rozgłośni Moskwy, Kijowa i Mińska był bardzo utrudniony ze względu na brak dobrych anten. Zrobiono więc prowizoryczną antenę i wciągnięto ją  na jedną z wielkich jodeł. Odbiór znacznie się polepszył, ale nie dowiedzieliśmy się niczego konkretnego. Propagandowa histeria, nawoływania do zachowania spokoju, porządku i czujności przeplatane były pogróżkami wobec „faszystów, którzy się zagalopowali” i obiecankami ich zniszczenia i paradowania za miesiąc w Berlinie, jak również groźbami wobec panikarzy, sabotażystów i prowokatorów z kolejną obietnicą ich ukarania „zgodnie z prawem czasu wojny”.

Nawet sam Puzyriew, posłuchawszy audycji może z 10 minut, machnął ręką i powiedział: Póki co musimy działać sami, najwyraźniej oni też tam się jeszcze nie zorganizowali.”

Efektem odprawy była decyzja o porannym wymarszu na Wołkowysk oraz wysłaniu kilku grup zwiadowczych, od których meldunków będzie uzależniony wybór kierunku dalszego posuwania się.

Otoczyliśmy okolicę łańcuchem posterunków i rozeszliśmy się po swoich „pokojach” pod jodłami.

Rankiem natknąłem się na Krasielnikowa. Zameldował Liaszkiewiczowi, iż z jego eszelonu nocą uciekło dwudziestu dziewięciu ludzi, a co najgorsze, wszyscy dezerterzy to żołnierze z batalionu cekaemów.

Krasilnikow nalegał aby posłać za nimi ludzi, złapać ich i sądzić jako dezerterów. Wyraziłem moje wątpliwości co do sensu takiego postępowania. Okazało się, że także wczoraj z oddziału Krasilnikowa uciekło kilku ludzi. „Zorganizowałem w oddziale grupę złożoną z komsomolców i członków partii, są pewni jak w banku, znajdą dezerterów a my ich przykładnie ukarzemy.” - nalegał Krasilnikow.

„Być może, kapitanie Krasilnikow, fakt zorganizowania takiej właśnie grupy wpłynął na to, że u was dwa dni pod rząd ludzie uciekają do lasu.” - zauważyłem. Poszliśmy meldować generałowi. Puzyriew, dłubiąc wykałaczką w zębach,  wysłuchał Krasilnikowa i szorstko zwrócił się do niego: „A ty gdzie byłeś? Spałeś? Twoi ludzie, to i twoja odpowiedzialność. Jeszcze raz to się powtórzy – zdejmę z dowództwa. Zrozumiano? A szukać ich po lesie to jak szukać igły w stogu siana. Rozejść się, towarzysze dowódcy! Wymarsz o 07:00.”

Kolumna ruszyła o 07:00 i popełzła w wyznaczonym kierunku. Koło godziny 10:00 wyszliśmy na drogę Wołkowysk – Bereza-Kartuska. Jeszcze godzina i byliśmy na skraju lasu. Zatrzymaliśmy się pod miasteczkiem Izabelin, starannie ukrywszy samochody pod drzewami. Ludzie dostali surowy zakaz wychodzenia na odkryte miejsca, wszyscy mieli trzymać się lasu. Miejscowi nie mieli żadnych informacji o Niemcach. Mężczyzn prawie nie było widać, tylko starcy, kobiety i dzieciaki. Zajmowali się swoimi sprawami po obejściach. Miejscowego kierownictwa rady wiejskiej też nie szło znaleźć. Ludzie mówili, że pojechali do Wołkowyska, za to inni twierdzili, że całe kierownictwo się ewakuowało. Jakiś staruszek, uśmiechając się chytrze, powiedział: „Pochowali się... po lasach gdzieś siedzą... dopóki zawierucha nie ucichnie.”

Przez cały dzień tylko dwa razy widzieliśmy niemieckie samoloty, które przelatywały daleko za Wołkowyskiem. Wszystkie trzy grupy zwiadowcze wróciły prawie jednocześnie i z meldunków wynikało, że droga na Słonim i Baranowicze jest póki co względnie bezpieczna. Niemcy od czasu do czasu bombardują wycofujące się jednostki, ale niezbyt intensywnie, i jeśli unikać głównych dróg, gdzie są największe skupiska cofających się, to można przeskoczyć. Trzeba było tylko jakoś przeprawić się przez rzeczkę Zelwiankę. I to było najbardziej niebezpieczne miejsce gdyż właśnie tam, przy dwóch mostach w miasteczku Zelwa , zlewały się potoki cofających się jednostek wojskowych, jak również masy niezorganizowanych uciekinierów.

Podjęto decyzję aby przeprawiać się nocą gdyż za dnia często nadlatywało niemieckie lotnictwo. Ale póki co mosty były całe. Jeden z podporuczników z oddziału zwiadowczego nawiązał styczność z przedstawicielami dowództwa i przekazał generałowi Puzyriewowi rozkaz posuwania się na Stołpce i zameldowania się tam w sztabie 21 Armii celem otrzymania dalszych instrukcji.
Ruszyliśmy po zmroku. Puzyriew ewidentnie się denerwował, skończyła się szczelna otulina lasu, cała kolumna poszła teraz po odkrytym terenie.

Następne trzy doby zamieniły się w niekończący się koszmar. Od Wołkowyska na Homel, przez 450 kilometrów, poruszaliśmy się głównie nocami, skokami, miotając się z lewa na prawo, w panice, nie wiedząc gdzie Niemcy a gdzie oddziały radzieckie, macając zwiadowcami drogę i kryjąc się przed niemieckim lotnictwem. Kołowrót zaczął się prawie zaraz po tym jak kolumna ruszyła z Izabelina.

Kiedy zbliżaliśmy się do przedmieść Wołkowyska akurat zaczął się nalot. Najpierw zrzucili flary, które zawisły na spadochronach nad miasteczkiem i oświetliły wszystko tak, że zrobiło się jasna jak za dnia. Światło było tak silne, że można by bez trudu czytać. Droga szła przez pole i kolumna nie miała się gdzie ukryć, zaczęła się panika. Puzyriew nakazał aby wszystkie samochody skręcały prosto w zaorane pola i aby w miarę możliwości  rozjeżdżały się jak najdalej jod siebie. Sam, w hełmie i waciaku narzuconym na szynel, odbiegł od drogi i zaległ pod krzakami.

Samoloty zrzucały bomby i coś jeszcze, co niczym błyskające w świetle flar kłębuszki, powoli osiadało na ziemi. W mieście od razu wybuchły pożary i to od razu w wielu miejscach. Samych samolotów nie było widać gdyż znajdowały się powyżej flar. Miasteczko położone było trochę niżej niż droga i cały obraz jego unicestwienia był widoczny jak na dłoni. Obrony żadnej nie było. Ani jednego wystrzału z ziemi, ani jednego naszego samolotu. Niemcy pokrążyli nad płonącym Wołkowyskiem z 10 minut i odlecieli. Miasto płonęło jak pochodnia. Trzeba było mnóstwa czasu aby znowu zebrać samochody na drodze. Niektóre ciężarówki musiano porzucić gdyż beznadziejnie pogrzęzły w piasku i błocie. Ludzi przerzucono na inne samochody, zlano benzynę i pozdejmowano koła zapasowe. Do Zelwy dotarliśmy nad ranem.

Most w Zelwie ostał się tylko jeden – kolejowy. Drugi, drewniany, zniszczyło dzień wcześniej niemieckie lotnictwo. Ocalały jednotorowy most nie miał poszycia, tylko podkłady i szyny, a między nimi wąska kładka dla pieszych szeroka na dwie deski rzucone między szynami. Most nie miał nawet balustrady. W samym miasteczku, w okolicznych sadach i zagajnikach, wszędzie gdzie można było w jakikolwiek sposób ukryć się przed wzrokiem niemieckich lotników, wszystko było zawalone uciekinierami i cofającymi się luźnymi grupami żołnierzy. Wielu próbowało przeprawić się przez rzekę w bród lub na łódkach i tratwach. Ale to było dobre tylko dla małych grupek pozbawionych transportu i wszelakich ciężarów. Brzegi były błotniste, a gdzieniegdzie widniały łachy miękkiego piasku.

Tak czy inaczej, istniała jednak jakaś forma zorganizowanej przeprawy. Przy wjeździe na most stała silna ochrona pod dowództwem jakiegoś pułkownika, śmiałego i zdecydowanego człowieka, który ustanowił tam szczelną kontrolę i organizował kolejkę z tych, którzy chcieli przedostać się na drugą stronę.

Liaszkiewicz, pułkownik Safronow i ja domówiliśmy się z dowódcą ochrony mostu w kwestii kolejkowania. Pułkownik, młodo wyglądający, wysoki i wręcz niewiarygodnie przystojny facet, powiedział: „Niemcy mostu nie ruszą, zostawiają go dla siebie, to jasne. Jak by chcieli go zniszczyć to by to zrobili przy pierwszym nalocie. Mają inną taktykę – co 15-20 minut, a przynajmniej tak było wczoraj, nadlatuje para Messerschmittów i strzela z karabinów maszynowych. Pod mostem i dalej w tamtą stronę stoi już sporo postrzelanych samochodów, jest też sporo zabitych. Po moście da się przejechać, nawet półtoratonówki pójdą po podkładach, ale trzeba to zgrać z częstotliwością nalotów. Za dnia jest mało chętnych. Jak chcecie ryzykować to mogę zacząć przepuszczać waszą kolumnę od dziesiątej rano. Zostawać na kolejną noc to też ryzyko bo Niemcy mogą już tu podejść. Nie mam informacji jak szybko i w jakim kierunku idą. Decydujcie sami i dajcie mi znać nie później niż o 07:00.”

„Jak będzie tak jak wczoraj to ile samochodów zdąży cało przeskoczyć przez 15 minut?” - zapytał Liaszkiewicz. „Puszczam po trzy sztuki naraz; jeśli samochody sprawne i kierowcy na medal to można przegonić trzy trójki. Ale dopilnujcie sami żeby samochody nie stały i żeby kierowcy byli pierwsza klasa. To na waszą odpowiedzialność!”

Wróciliśmy do Puzyriewa, zebraliśmy całe dowództwo i szoferów i po naradzie zadecydowano, że przeprawiamy się za dnia.

(…)

W kolumnie Zarządu strat nie było, ale atmosfera była strasznie nerwowa. Część pracowników cywilnych oznajmiła, że pójdą pieszo do brodu i tam się będą przeprawiać. Gdy generał Puzyriew powiedział, że im na to nie pozwala, wystąpił starszy majster, tokarz z naszych warsztatów mechanicznych, i spokojnie powiedział: „A nam i twoje, towarzyszu generale, pozwolenie nie potrzebne. My nie żołnierze i podlegaliśmy ci, towarzyszu, służbowo, znaczy się w robocie. Teraz roboty nie ma, została w Czeremsze. No i my teraz sami sobie. Szczęścia życzymy, towarzysze. Chodźta, chłopaki.” I poszli.

Dyscyplina znacząco upadła i nawet wśród wojskowych bywały przypadki odmowy wykonania rozkazu.

(…)

Przeprawa znowu działała. Wezwano mnie do generała. Jego samochód ukryty był w dużej szopie i kiedy podszedłem to nie mogłem uwierzyć własnym oczom: na dachu pojazdu i nad silnikiem umocowane były grube, żelazne arkusze. Tylna szyba i boczne szyby z tyłu także były chronione przez podobne arkusze. Całe to „opancerzenie” było przytwierdzone grubym drutem przewleczonym przez dziurki świeżo porobione w karoserii. Trzech żołnierzy kończyło właśnie prace nad przekształceniem generalskiej emki w samochód pancerny. Nie zauważyłem, że wewnątrz siedzi  sam generał i zapytałem żołnierzy: „A co to za cudo? Kto to wydumał?” i w odpowiedzi usłyszałem: „Śmierć jednego żołnierza to osobista tragedia, ale śmierć dowódcy to tragedia i nieszczęście znacznie większego kalibru! Mam nadzieję, że wy to, Palij, rozumiecie.” - i głowa generała wysunęła się z samochodu.
„Ależ jasne! Pewnie, że rozumiem, towarzyszu generale.” - odpowiedziałem pospiesznie - „Nieźle pomyślane.”

(…)

Jakiś kapitan zameldował Puzyriewowi: „Towarzyszu generale, mam sprawdzone wiadomości. Znaczne siły posuwają się na Mińsk. Niemcy mają dużo czołgów, idą wąskim klinem, nie tworzą regularnego frontu. Tutaj jest mało naszych oddziałów. Cofamy się na Stołpce.”

Puzyriew obudził Liaszkiewicza. Zadecydowano, że od razu skręcamy na wschód, na Stołpce i pod osłoną ciemności wychodzimy na główną drogę aby wykorzystać możliwości poruszania się kolumny. I to był straszny błąd! Tutaj, na głównej szosie Nowogródek – Stołpce to już nie był odwrót a ucieczka! Noc była dość jasna i w widmowym półmroku, w cztery rzędy od rowu do rowu, poruszały się pomieszane,  luźne grupy żołnierzy, samochody, wozy konne, tłumy pieszych z  dobytkiem na plecach i z ręcznymi wózkami. Było też mnóstwo miejscowej ludności pochodzenia żydowskiego gdyż chodziły słuchy, że Niemcy likwidują Żydów. Krzyki, kłótnie, wrzaski. Samochody wpadały na siebie, furmanki zaplątywały się jedna w drugą, wszędzie wózki z połamanymi kołami, jacyś siedzący i leżący ludzie... Dzieci płakały, kobiety lamentowały. I nad tym całym chaosem wisiały doskonale znane odgłosy rosyjskich przekleństw. Cała ta masa posuwała się przeraźliwie wolno, z niekończącymi się przerwami i postojami, zatorami, szła w sposób całkowicie niezorganizowany i w totalnej panice. Mówiono, że o świcie będą naloty, i że wtedy „wszyscy tutaj zginiemy.”

W czasie jednego z zatorów generał Puzyriew wylazł z samochodu i zaczął komenderować. Ale jego interwencja spotkała się z takimi pięknymi „wiązankami”, takim wybuchem złorzeczeń pod adresem władz i kierownictwa, a kierownictwa wojskowego w szczególności, że ratując swój generalski prestiż pospiesznie zanurkował z powrotem do samochodu przy wtórze pohukiwania bardzo wrogo nastawionego tłumu.

I wyrwać się z tego panicznego potoku nie było jak.

Ostatnio dodane obiekty